sny straszne i przeraźliwe dopadły mnie dzisiejszej nocy. zaczęło się od….

jako para podróżników cyganów, dobiliśmy naszą barką do przyjemnej małej przystani, tuż nad brzegiem malowniczo położonej Francuskiej wioski. nasza podróż trwała już dosyć długo. prawdę powiedziawszy nie pamiętamy nawet innego stylu życia. na pomoście przywitały nas przywdziane w kwieciste wianki dziewczęta, z rozwianymi, lekko falowanymi włosami, mieniącymi się w letnim, piekącym słońcu. poczęstowano nas świeżym chlebem z masłem i mlekiem. po kilku chwilach przybiegli pozostali mieszkańcy ściskając nas i śpiewając na naszą cześć. wszystko malowało się jak w pięknym śnie. oprowadzono nas po wsi, opowiadając o niezwykle spokojnej historii, o osiągnięciach w dziedzinie sztuki, kultury i prawie, które było niezwykłe, bo w sposób całkowity eliminowało przestępczość, jednym słowem “raj”. no właśnie… po pięknym wstępie zaproszono nas na wieczorne spotkanie mieszkańców. w drodze do miejsca zgromadzeń wysoko zawieszone słońce oblewało nas gorącą poświatą, drzewa zieleniły się i uśmiechały radosnym kwieciem.

bawiliśmy się uroczo, tańcząc i śpiewając chrześcijańskie pieśni. czułam się cudowną częścią owego stowarzyszenia, ale… Galaszek nie był zachwycony, wyraźnie chciał sie ulotnić z tej dziury przesiąkniętej, jakąś dziwną, nawiedzoną siłą. ja jednak nalegałam byśmy zostali, aż nadszedł moment….gdy Galaszek przeistoczył się w żywą bestię, wprost z Egzorcyzmów Anneliese Michel. wydzierał z siebie demona, krzyczał, piszczał i szamotał się. miałam wrażenie, że wszyscy oprócz mnie wiedzą co to znaczy. płakałam. wszędzie widziałam szyderczo uśmiechnięte twarze w dziwnie wykręconym grymasie, niemal euforii. wtedy właśnie pojawił się szatan. wysoki, skulony zwierz z ludzka twarzą, na szklistych, czarnych kopytach, porosły gęstymi włosami, nawet na twarzy. przywdziany był w czerwoną, atłasową marynarkę z poduchami i zielone, atłasowe spodnie za kolana, z mankietów wystawały białe, koronkowe rękawy a la Ludwik XVI-ty. uśmiechnął się, objął Galaszka i zniknął…zostałam sama w tłumie nawiedzonych dziwaków. i wtedy zrozumiałam, z pomocą tych ludzi czy bez muszę odbić Galaszka z rąk szatana.

wybiegłam na naszą barkę, skompletowałam potrzebne narzędzia i ruszyłam w pogoń. stary Gandalf opowiedział mi gdzie są bramy piekieł i jak mam się tam dostać.

w międzyczasie znalazłam się w mym rodzinnym mieście, gdzie wszystkie szyldy zrobione zostały tą sama, niezbyt udaną czcionką. spotkałam się wiec z autorami i pouczyłam, że kreatywny grafik powinien bardziej twórczo podchodzić do swoich obowiązków i starać się różnicować swoje pomysły.

po tym spotkaniu znalazłam się niemal natychmiast u podnóży wielkiego zbocza, na szczycie którego piętrzył się szatański zamek. wspinając się przyszło mi na myśl, że jakim, kurde cudem piekło jest na wielkiej górze, a nie w piekielnych czeluściach, tuż przy bulgoczącym jądrze ziemi? rozmyślając tak, pokonanie drogi zajęło mi niemalże chwilę. po tym jak wspięłam się na ostatnią skalną półkę stanęłam u samych bram Piekła. zamek wyglądał zupełnie jak ten w Transylwanii, tylko kamienne ściany nieco się przybrudziły. czerwone niebo rzucało nań ciepłą poświatę, ale wszystko stwarzało wrażenie przytulnego i o dziwo przyjemnego miejsca. pchnęłam ogromne stalowe wrota, które na oko miały jakieś 6 metrów wysokości w świetle. cienka smuga światła padła wprost na szatańskie owłosione cielsko. zaskoczyłam go. wzdrygnął i spojrzał na mnie z szelmowskim uśmieszkiem. co tu dużo mówić, przeraziłam się, stać oko w oko ze śmierdzącym szatanem, to nie przelewki, a jeszcze ratować kogoś z jego rąk to już w ogóle abstrakcja. gdy już przekroczyłam linię drzwi, a wrota obiły sie o zakurzone ściany. s. wyprostował się i odwrócił w moją stronę. wtedy dopiero zauważyłam małą przestraszona postać po jego lewicy. pomagier, przydupas, lokaj, służący, zwał jak zwał…nie tracąc ani chwili sięgnęłam do prawej kieszeni moich spodni i mocno ścisnęłam malutki, kleisty przedmiocik. był to czerwony misiowy żelek firmy haribo. (co jest…kur…..-pomyślałam) uniosłam mocno ściśnięte pięści do góry, jedną z magicznym, żelkiem i ruszyłam w jego stronę śpiewając kościelne pieśni. miałam do pokonania jakieś 20 metrów, komnata była ogromna. czułam się silna i nie do pokonania. krocząc w jego stronę widziałam jak słabnie i kuli sie pod ścianą. wiedziałam, że mam ogromną siłę i że moc żelka na pewno go pokona. szłam powoli triumfując, gdy nagle…zapomniałam słów. szatan odzyskiwał siły, wiedziałam ,że jeśli nie zakończę tego szybko z pewnością poniosę klęskę. szatan podźwignął się i ochrypłym głosem wychrząkał:

- “przegrałaś…”

opadły mi ręce. otworzyłam dłonie. przez łzy spojrzałam na malusi lepiący żelek, zacisnęłam zęby i powiedziałam:

- “wygrałam, bo teraz wsadzę ci ten żelek w twoją wielką owłosioną dupę”

szatan zawył i upadł, a jego pomocnik zaczął błagać o litość. podeszłam do obu, szatanowi kazałam się wypiąć, a jego pomocnikowi wepchnąć żelek… no wiecie tam gdzie wspomniałam. z obrzydzeniem patrzyłam jak triumfuje dobro ( czyt. ciocia). szatan rozpuścił się jak kostka lodu, pomagier uciekł przerażony, a moje maleństwo znowu było wolne :)

koniec, to właśnie mój sen, ciekawe, co na to Freud ? :)

One Response to “Freud pewnie by się załamał”

  1. dandee Says:

    ooooo raaaaaanyyyyyyy

    :)


Leave a Reply